Menu główne
  REKLAMA


  Urząd Miasta i Gminy
  Parafia
  Ośrodek Upowszechniania Kultury
  Edukacja
  Sport
  Księga gości
  Statystyki
  INFORMACJE

 

NASZE MIASTO

 

WYWIADY
 

 

 

Wywiad ze starostą pilskim

 

Mirosławem Mantajem

 

 

 


 

PAN MARIAN BOHN OPOWIADA…

 

Jest mi niezmiernie miło, że zgodził się Pan opowiedzieć naszym czytelnikom o życiu mieszkańców Wysokiej w czasie II wojny światowej.

 

Ile miał Pan lat, gdy rozpoczęła się II wojna światowa?

Miałem wtedy dokładnie 10 lat.

 

Gdzie Pan mieszkał w tym okresie?

Tutaj, w Wysokiej, a dokładnie na ulicy Dworcowej – niedaleko młyna. Obecnie dom ten zamieszkuje pan Maciej Bohn.

 

A czy mieszkał Pan tam przez całą II wojnę światową?

Nie… Stamtąd nas Niemcy wyrzucili i przenieśli do domu na św. Walentego. Dom ten zamieszkiwała moja ciocia, siostra mojego ojca, która wyszła za mąż za pana Wojnowiaka. Mieli oni gospodarstwo. Rolników też Niemcy wysiedlali z ich gospodarstw, ale wtedy, gdy na ich miejsce mieli Niemców. Byli to najczęściej Niemcy z pogranicza Rumunii i Mołdawii, tak zwani „Besarabii”, my ich nazywaliśmy „arabami”.  A więc, gdy nie było nikogo na miejsce polskich rolników, mogli oni dalej gospodarzyć i tak było w przypadku państwa Wojnowiaków.  Niemieckie władze przeniosły całą naszą rodzinę właśnie na ich gospodarstwo. Tam mieliśmy do dyspozycji tylko jeden pokój, który dzieliłem z bratem, rodzicami i dziadkami. Kiedy znaleźli Niemców na nasze miejsce, a było to bodajże w roku 1943, to przeniesiono nas na ulicę Ogrodową, tam przy drodze na cmentarz. Na rogu znajduje się taki mały domek po lewej stronie i tam musieliśmy zamieszkać. W tym małym domku mieszkały aż trzy rodziny. Mieszkaliśmy tam już do końca wojny, a po wojnie wróciliśmy z powrotem na ulicę  Dworcową.

 

Co działo się w Wysokiej w tym okresie, jak wyglądało życie ludzi mieszkających tutaj?

Jak wiadomo władze przejęli Niemcy. Założyli tutaj niemiecką policję i gestapo – były to wówczas dwie odrębne instytucje. Gestapo mieściło się tam, gdzie dzisiaj Urząd Miasta i Gminy, a policja początkowo tam, gdzie znajdował się jeszcze do niedawna posterunek policji. Burmistrzem Wysokiej też był Niemiec.

Wszystko, co było własnością Polaków, zabrane zostało przez Niemców - wszystkie sklepi zakłady rzemieślnicze. Tam, gdzie mieszkał pan Brukwicki, zrobiono jedno wielkie przedsiębiorstwo.

 

Tak życie wyglądało w skrócie.  Nie da się opowiedzieć tego, co się przeżyło. Gdy nas wyrzucali z domu na Dworcowej, powiedzieli tylko tyle, żebyśmy się spakowali, ponieważ zostaniemy przeniesieni do innego domu. Nikt nam nie wyjaśnił dokładnie kiedy, więc cały czas byliśmy spakowani, a tylko na noc rozpakowywaliśmy pościel i bieliznę do spania. Do nowego miejsca zamieszkania można był zabrać tylko tyle, ile się uniosło, więc zabierało się tylko te najważniejsze i najbardziej przydatne rzeczy.

Najstraszniejsze były chwile, gdy Niemcy walili do drzwi. Jednego razu kazali się ojcu ubrać i zabierali go nie wiadomo dokąd. Mówili, że jutro albo pojutrze wróci…. Nie wrócił, dlatego że wywieźli go do obozu koncentracyjnego. Każde kolejne takie pukanie do drzwi było olbrzymim przeżyciem. To była taka ciągła niepewność i strach przed tym, co człowieka czeka.

 

A chłopcy jak to chłopcy, coś trzeba było robić. Gdy mieszkaliśmy jeszcze na gospodarstwie u p. Wojnowiaków, to pasaliśmy krowy na łąkach. Tam nie siedzieliśmy i nie biadoliliśmy, tylko organizowaliśmy się, zbieraliśmy jakieś jedzenie, bo wtedy wszystko było na kartki - gwoździe, buty, jedzenie. Na przykład dwie pary butów jedne zimowe, drugie letnie.

 

Czy mógł Pan uczęszczać do szkoły?

Nie, szkoła została zamknięta. Potem Niemcy otworzyli szkołę dla Polaków, do której uczęszczaliśmy 3 razy w tygodniu. W tej niemieckiej szkole głównie uczyliśmy się języka niemieckiego, ale nie po to żeby znać niemiecki, tylko po to, aby rozumieć co każe nam zrobić Niemiec. To nie była taka nauka jak dziś. Wtedy nauczycielkami były panny w wieku 18-19 lat- córki stolarzy i rzeźników, które zostały wysłane na kursy, a to wystarczyło, żeby nauczyć Polaków języka niemieckiego. Tak wyglądała szkoła.

W tym czasie wprowadzono również obowiązek pracy po ukończeniu 14 lat. Tutaj w Wysokiej, w części budynku, tam gdzie teraz ma być Urząd Miasta i Gminy był Urząd Pracy, chociaż główna jego siedziba, mieściła się w Bydgoszczy. Gdy się ukończyło lat 14, to trzeba było się tam zgłosić i oni mieli za zadanie skierować nas do pracy. Praca ta była przymusowa.

 

Czym zajmowali się Pana rodzice?

Mój ojciec miał warsztat elektrotechniczny, zakładał instalacje elektryczne, naprawiał motocykle, rowery. Zaczął też budować fabrykę, która zajmowała się produkcją części do rowerów. Natomiast mama moja nie pracowała, dlatego że musiała się zajmować domem.

 

Czy w Wysokiej można było swobodnie porozumiewać się w języku polskim?

Nie, nawet w domach był zakaz używania języka polskiego. Wiadomo jednak, że w domu z rodzicami i innymi członkami rodzinny rozmawiało się po polsku. Zamknięto kościół, zamordowano księdza i kierownika szkoły. My dowiedzieliśmy się o tym dopiero później. Młodzi Niemcy, nasi rówieśnicy byli najgorsi. Jeżeli słyszeli, że rozmawiamy po polsku, od razu na nas donosili do nauczycieli, a my dostawaliśmy za to potężnie w skórę. A więc po polsku mogliśmy rozmawiać tylko tam, gdzie Niemcy nie słyszeli.

 

Czy wszyscy Niemcy odnosili się tak do polskiej ludności?

Byli też porządni Niemcy, szczególnie dotyczyło to starszego pokolenia. Gorsi byli ci młodzi, którzy należeli już do partii przed wybuchem wojny. Była to „Junge Deutsche Partei” czyli „młodo niemiecka partia” legalnie działająca na terenie Polski. Zajmowała się ona szpiegostwem. Było tutaj wielu takich Niemców. Jednym z takich szpiegów był Bublic, mieszkał on na ulicy Kościelnej. Szpiegiem była również żona pastora. Mieli oni taki punkt zborny w majątku Niemca, w Wysokiej Małej. Wyszukiwali oni takich Polaków, którzy im się nie podobali, którzy coś kiedyś powiedzieli nie tak oraz przywódców organizacji i to przede wszystkim tych zabierano do obozów lub likwidowano.

 

Czy ktoś z Pana rodziny lub bliskich Panu ludzi brał udział w walkach?

Ojciec został powołany do wojska w 1939 r. wtedy, kiedy miała wybuchnąć wojna. Potem został wzięty do niewoli i z niewoli wrócił. Po jakimś czasie znowu wywieziono go do obozu koncentracyjnego.

A tutaj w Wysokiej jako takich walk nie było, nie był to taki ważny punkt. Znajdował się tutaj Batalion Obrony Narodowej, który stacjonował na terenie dzisiejszego Urzędu. My, młodzi również kopaliśmy takie okopy i rowy strzeleckie u wylotu z miasta na Bądecz. Jednak w rzeczywistości nie miał tutaj kto bronić tego wszystkiego, także tutaj nie było takich walk.

 

Czy mimo tego wszystkiego wspomina Pan jakieś miłe wydarzenia z tego okresu?

Miłe…? Trudno mówić, żeby były miłe momenty w czasie okupacji, kiedy wszystko było zakazane i kiedy z jedzeniem był kłopot, ale nie można był siedzieć i biadolić . Żyliśmy nadzieją, że wojna prędzej czy później musi się skończyć, Niemców diabli wezmą i się wyniosą. W pracy faktycznie robiliśmy sobie różne dowcipy i kawały. Na przykład podczas pasania krów, na tych łąkach, gdzie Niemcy również pasali krowy, bo nie starczyło nas wszystkich Polaków, a więc siłą rzeczy, musieliśmy się tam z nimi spotykać. Już po roku znaliśmy niemiecki, dlatego że codziennie musieliśmy się tym językiem posługiwać, a więc nauczyliśmy się go dosyć szybko. No i jak tam się spotykaliśmy z tymi Niemcami, to toczyliśmy wojnę na taką zgrubiałą ziemię, wyznaczaliśmy granice i po jednej stronie byli Niemcy, a po drugiej Polacy. I tymi bruzdami ziemi się tam rzucaliśmy, ale była umowa, że nie używamy kamieni. Niemcy zawsze dostali w skórę.

 

Czy znajdował Pan czas na zabawę z kolegami?

Czas był wtedy, kiedy wyrzucono nas z tego gospodarstwa i wtedy właściwie człowiek nie miał co robić, bo do szkoły chodziliśmy tylko trzy razy w tygodniu. To była taka szkoła, gdzie zadań domowych się nie robiło. I do południa, kiedy ta dzieciarnia niemiecka była w szkole, to my mieliśmy trochę wolności. Właśnie wtedy zbieraliśmy się wszyscy razem, gadaliśmy i bawiliśmy się, było to najczęściej w naszych Górach Wysockich. Zimą natomiast robiliśmy sobie takie narty z desek, trochę wygięte i tam wtedy uprawialiśmy, powiedzmy, takie zjazdy na nartach. Możliwość bycia tylko z polskimi dziećmi mieliśmy do południa, ponieważ po południu, gdy niemieckie dzieci skończyły szkołę, to również tam przychodziły zjeżdżać na nartach czy na sankach. To właśnie było taka naszą rozrywką, ale niechętnie widziano, żebyśmy się tam jakoś grupowo zbierali, dlatego że zawsze były podejrzenia, że może takie smarkacze jak my mogłyby tam coś organizować.

 

 

Dziękuję bardzo za rozmowę. Jestem przekonana, że udzielił Pan niezmiernie ciekawej lekcji historii mieszkańcom Wysokiej.

 

 

 

Wywiad z Panem Marianem Bohnem

przeprowadziła Natalia Krysiak

 

 

  Ogłoszenia
» Kupię
» Sprzedam
» Inne
  REKLAMA


  Nasze miasto
  Nasza twórczość
  Konkursy
  W obiektywie
» Galerie
» Filmy
  Download
  Reklama
Valid HTML 4.01 Transitional
Copyright by Ty
darmowe szablony